Pierwszym obszarem u kobiet jest wygląd: ciągle obawiamy się, że nie zostaniemy zaakceptowane z obecną figurą i wiekiem, że będziemy skreślone, jeśli nie wpiszemy się w obowiązujące kanony piękna. Niby jesteśmy świadome, że nasze ciało się starzeje, że odbijają się na nim różne choroby, a zdjęcia w gazetach to dzieło bardziej Photoshopa niż natury; a jednak nadal hołdujemy przekonaniom, jak ważne jest bycie ładną. Nieważne, że nikt nigdy nie opisał, co to znaczy. Jeśli odstajesz od normy – powinnaś się wstydzić.
Przeczytaj także: Ciągle chcemy to zagłuszyć w związkach
Nie zrzuciłaś brzuszka po ciąży, a twoje koleżanki już dwa miesiące po porodzie zakładają swoje stare dżinsy? Masz dowód, że wszystko się da, musisz się tylko bardziej postarać. Zauważyłaś u siebie siwe włosy lub zmarszczki? Musisz szybko biec do sklepu po dobrą farbę i krem, by koleżanki nie wytknęły ci zaniedbania. Wychodzisz z domu bez makijażu, henny i manicure? To znak, że odstajesz od innych kobiet, koniec i kropka. Powinnaś zawsze dobrze wyglądać!
Kolejny obszar to bycie „superwoman” w każdej dziedzinie: w społeczeństwie funkcjonuje oczekiwanie, że będziemy perfekcyjne w każdej z pełnionych ról. Kobieta idealna to taka, która świetnie rozumie swojego mężczyznę, mądrze wychowuje dzieci, odnosi sukcesy w pracy, ma hobby, które ją rozwija, jest na bieżąco z kulturą, nienagannie wygląda, zdrowo gotuje, zna się na wystroju wnętrz i potrafi zadbać o porządek w swoim domu. Logicznie rzecz biorąc, to nie do zrobienia w ciągu 24 godzin.
Kto by się jednak tym przejmował? Najlepiej oczywiście, jeśli godzimy te role na perfekcyjnym poziomie bez jakiegokolwiek wysiłku. Tak przynajmniej powinno to wyglądać na zewnątrz: jakbyśmy były wyposażone w naturalne talenty i nadprzyrodzone moce, bo dopiero wtedy można nas docenić. W oczach świata to ogromna zasługa, by nigdy nie być zmęczonym, chociaż tak bardzo zajętym. By oszukać naturę, a w zamian dostać komplement „jak ona to wszystko ogarnia!”.
Trzecim obszarem, w którym najczęściej kobiety doświadczają wstydu jest… macierzyństwo. I wcale nie musimy mieć dzieci, by czuć się gorszą w tej kwestii! W odbiorze społecznym kobiecość jest tak nierozerwalnie związana z byciem matką, że dopiero ten składnik potwierdza naszą wartość w oczach innych. Stąd te ciągłe pytania o chłopaka, potem zaręczyny, datę ślubu, po ślubie o to, kiedy dziecko. Gdy ono się już pojawi, otoczenie zadba o to, byśmy się wstydziły. Każdy ma dla matek dobre rady, wie lepiej, jak karmić, trzymać, usypiać i przewijać niemowlę.
Te wymowne spojrzenia i westchnienia, gdy w tramwaju maluch zaczyna płakać i nie możemy go ukoić. Przewracanie oczami na widok matki, która próbuje nakarmić dziecko w miejscu publicznym. Ciągłe zmęczenie, pełno naczyń w zlewie, obiady na wynos i chodzenie w pidżamie do wieczora. Nie jesteśmy ani trochę podobne do insta-matek, które mają zrobione na błysk paznokcie, porządek w domu, gotują zdrowe posiłki i jeszcze podczas drzemek dbają o swój rozwój osobisty. Mimo tylu przeczytanych poradników, posiadanych gadżetów i usłyszanych dobrych rad, nadal nie jesteśmy wystarczająco dobrymi matkami. Wstyd matczyny jest czymś, co nie ma końca.
U mężczyzn natomiast zawstydzające jest przede wszystkim okazanie lęku, słabości, bycie postrzeganym inaczej niż twardziel, to trwanie w błędzie i porażka na jakimkolwiek polu. W męskim świecie obecna jest presja, by za wszelką cenę udowodnić, że „ma się jaja”. Najłatwiej widać to w sporcie i biznesie – gdy nie wytrzymasz napięcia, odpadasz z gry i świat o tobie zapomina. Dostajesz łatkę „mięczaka” na boisku licealnym, bo podczas ważnego meczu przestraszyłeś się siły przeciwnika. Boisz się przyznać żonie, że zostałeś zwolniony, by nadal myślała o tobie jako o kimś silnym, kto na swoich barkach niesie utrzymanie rodziny. Albo porzucasz swoją dobrze rokującą pasję artystyczną bądź kulinarną, bo zostałeś przyłapany przez kolegów i wyśmiany przez „babskie zajęcie”.
Kiedy podczas spotkania w pracy ktoś wytknie ci niekompetencję, brniesz w zaparte i bronisz swojej racji, byle nie przyznać się do błędnego myślenia. To przesłanie o udawaniu zawsze twardziela jest obecne także w relacjach – ze strachu przed oceną, słabością i zagubieniem mężczyźni rzadko otwierają się na tyle, by mówić o swoich trudnościach. Badania wskazują, że wynika to też z lęku przed reakcją kobiet: „Czy jej to nie zburzy świata, kiedy ja sobie z czymś nie będę radził? Skoro ona szuka we mnie oparcia, to czy moja bezsilność i smutek nie zabiorą jej poczucia bezpieczeństwa? Czy ona mnie takiego zaakceptuje?”. Okazuje się, że przyznanie się do czegoś tak pierwotnego, jak bezradność, troska o innych, wrażliwość jest takim samym lub większym wyzwaniem niż przebiegnięcie maratonu na pustyni.
Kiedy wiemy, co nas zawstydza i w jakich sytuacjach najłatwiej nam przestać wierzyć w swoją wartość, to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze do budowania dojrzałych i odważnych związków. Znajomość siebie w tym obszarze jest konieczna, by przejść dalej – by odsłonić te czułe miejsca przed kimś najbliższym i opowiedzieć mu swoją historię.